Po pierwsze, słowa mnożą się i odbijają w coraz to nowych lusterkach, kiedy nimi poobracać: Środek okręgu, złoty środek, środek czyli wnętrze. Środki odurzające, środki nasenne, środki owadobójcze. "Nie przebierał w środkach" - a właściwie dlaczego NIE przebierał? Przecież miał w czym! Wiec po drugie, zrobiłam sondaż wśród znajomych na Fejsbuku. I pierwszy komentarz trafił w sedno (czyli w środek): "Hmm... no miejsce w którym jest dużo różnych środków i można w nich przebierać". Właśnie tak!:)
środa, 28 września 2011
Miłość, ot, co.
Przemyślenia i rozmowy ostatnich dni. Trudne. Co tak naprawdę decyduje o wartości człowieka? To, co wie? To, co potrafi? To, czy jest dojrzały, odpowiedzialny, dobry, mądry, mocny? A jeśli właśnie jest słaby, to co? Należy nim pogardzić? Czy właśnie go kochać? Bóg tak przecież patrzy; z darmową, niezmienną miłością. I to prawda, że bez miłości nie jestem w stanie niczego w sobie rozwinąć, niczego przewalczyć. Tak, jak roślina nie wyrośnie, nie zakwitnie, nie dojrzeje bez wody i słońca. Myślę o całej miłości, której doświadczyłam w życiu. Miłości ludzi; najprostszej, codziennej, tej wiary we mnie, spojrzeń pełnych ciepła i dumy. I miłości Boga, tej najsłodszej, szokującej i tajemniczej, wymagającej ale nie raniącej, pociągającej a nie przytłaczającej... Tak, doświadczyłam jej. Doświadczam jej. Życzę każdemu, żeby jej doświadczył. Myślę o miłości ostatnich dni. O Tych, którzy odważyli się kochać swoje dziecko pomimo choroby. O Tej, która zaadoptowała na odległość chłopczyka z Kamerunu.O dobrych słowach, które ktoś dzisiaj skierował do mnie. O kruchym cieście w kształcie serca, które ktoś dostanie na imieniny. Jego Autorka piekąc, przygotowuje się do egzaminu. I nawet, jeśli nie zda, nadal będzie kochana. Myślę o różach, które dostałam przed tygodniem. I myślę o mojej patronce, Teresce Martin, która powiedziała "w sercu Kościoła, mojej matki, będę miłością". Szalone i genialne, jak kilka innych jej tekstów. Dotarła do sedna moja Tereska.
środa, 3 sierpnia 2011
Przebudzenie gościnne
Jeden z piękniejszych momentów w imprezie z nocowaniem, to moment przebudzenia. Niedziela rano: budzę się w sypialni moich rodziców (którzy na tę noc ustąpili miejsca mojej przyjacielskiej gościnności i wyjechali na Mazury, tańczyć przy ognisku). Budzę się i serce zaczyna bić szybciej, bo wiem, że na dole są moi goście - śpiący jeszcze lub nie. Uwijam się więc z poranną toaletą i zakradam do kuchni (ku mojemu zdumieniu jest sprzątnięta a zmywarka skończyła właśnie bieg - niektórzy ujmująco dosłownie traktują komendę "czuj się, jak u siebie w domu"). Zaczynam robić śniadanie. Za chwilę zaczną się schodzić, oferować swoje talenta kulinarno-kawowe, i to też będzie miłe, ale najmilszy jest moment, kiedy wchodzą zaspani i uśmiechają się na widok stołu, na którym śniadanie już jest. Tamto, niedzielne śniadanie, było zresztą dość wyjątkowe, bo multimedialnie umilone słuchowiskiem N. Trwało długo, i tak powinno być.
Dziś rano natomiast obudziłam się w słodkim mieszkanku K. po jej wczorajszym burrito party ze świadomością ugoszczenia absolutnego ("a klucz wrzuć do skrzynki na listy") a także z niejakim poczuciem pokrewieństwa tego mieszkania i tego poranka z podobnymi w którymś z nadmorskich miasteczek Katalonii: stare mury, białe zasłonki, słońce na ulicy i poczucie, że jest się w domu, choć wypożyczonym tylko na trochę. Wyszłam, gryząc tortillę i zapominając zabrać kilku rzeczy. Nic nie szkodzi; są miejsca, gdzie chce się być gościem dowolną ilość razy.
Na zdjęciu Mokotowska, ale wygląda naprawdę, jak Mataró - kto tam był, ten przyzna...
Na zdjęciu Mokotowska, ale wygląda naprawdę, jak Mataró - kto tam był, ten przyzna...
poniedziałek, 4 lipca 2011
Z pamiętnika świadkowej
Stało się; nasi drodzy A.i A. są mężem i żoną.W imielowym mieszkanku od dwóch dni kiełkuje życie rodzinne. Kiełkuje pośród stosu prezentów oraz paru bukietów, które wnieśliśmy tam w przerwie między ślubem a weselem, żeby spożytkować jakoś czas zjeżdżania się gości na miejsce imprezy. Z rzeczy, które zapadły mi w pamięć: Panna Młoda uspo-głaskająca najpierw Pana Młodego przy ołtarzu, potem jego mamę zapłakaną w czasie podziękowań. Wygląda to na świeży charyzmat, nigdy wcześniej nie było widoczne tak wyraźnie.
Druga rzecz: znany mi już wodzirej M.w akcji - ten człowiek zdecydowanie robi to, co powinien. Nie tylko wprowadza świetną atmosferę, ma pomysły i tak dalej, bo to ma wielu jego kolegów po fachu. Ale M. lubi ludzi, nie boi się ich, nie szuka na siłę dystansu. Znajduje wspólny język z dziećmi i z dorosłymi, jest przy tym delikatny i energiczny zarazem. A w międzyczasie tańczy, pomimo, że jest w pracy, i to - obserwacja znajomych - z dziewczynami, które dawno nie tańczyły.
Trzecia rzecz: podwójny taniec Pary Młodej. Pierwszą jego część stanowił walc angielski z figurami długo ćwiczonymi, także u mnie w pokoju, więc znałam je trochę. Wyszło gładko i bez potknięć (rzadka sprawa). Ale dla mnie byłoby to mało, gdyby nie drugi taniec parę godzin później. Na walca M. musiał pozbierać nas od stołów i ustawić w kręgu, żeby mogli przed nami zatańczyć. Przy tym drugim tańcu parkiet opustoszał sam a goście zbiegali się stopniowo, porzucając talerze i rozmowy, żeby popatrzeć i przyklaskać ich spontanicznemu szaleństwu. Też nigdy nie widziałam, żeby tak tańczyli. Mam nadzieję, że im to zostanie. Było pięknie. Niech będzie jeszcze piękniej.
Zdjęcie wirujące, z tańca drugiego;))
Drugie zdjęcie (Młody kontra Świadkowa)dodałam dla tych, którzy domagali się zdjęcia Tequili - oto i ona;), spisała się świetnie, dzięki raz jeszcze Zof:*!
wtorek, 21 czerwca 2011
Po drugiej stronie zasłonki
W sobotę zrobiliśmy "Kozę, która mówi!". Moja Szczeżuszka i ja. Do końca nie wiem, jak to funkcjonuje; pół pokolenia różnicy między nimi a mną, ich przewaga liczebna, moja funkcja instruktorki, intuicja, czasem całkowita słabość. I tak zwany "trudny wiek", he, he. Może i trudny ale na szczęście również niesamowicie plastyczny. Energie, które w nich drzemią, uaktywniają się, jedna po drugiej. Czasem widzę to zawczasu
i wtedy próbuje pomóc. Czasem kompletnie mnie zaskakują. A przy tym wszystkim, umówmy się, ja też się uaktywniam. No i w tym roku było inaczej: nie ja byłam reżyserem, choć starałam się czuwać nad sytuacją (za mało? za bardzo?) ale też oni definitywnie przestali być dziećmi. Masę rzeczy załatwiali sami, czułam, że mogę odpuścić. Przykład: tak ważny element przedstawienia, jak tekturowe instrumenty, czołg oraz Koza, powstał kompletnie poza moim zasięgiem; zobaczyłam je pierwszy raz na zdjęciu na fejsbuku - były piękne. I poczułam, że ominęła mnie jakaś część imprezy. W sumie, to zawsze mnie omija; jestem po drugiej stronie zasłonki. W tym roku po drugiej stronie zasłonki działy się śliczne rzeczy; mnóstwo gestów radości, wspierania się, ściskania, przybijania piątek... a może tak jest zawsze, tylko ja pierwszy raz terytorialnie byłam razem z zespołem? Ech, przyznam, że zrobiło mi się miło; przez chwilę przestała istnieć niewidzialna ścianka miedzy nami. To było jakoś wzruszające. Że pomimo tych kilkunastu lat, pomimo tylu różnic we wrażliwości, poczuciu humoru, sposobie myślenia, o które potykam się przez cały rok, coś jednak jest wspólne. Na przykład radość i stres. I może coś jeszcze, coś ludzkiego, co kiedyś sobie może powiemy, za ileś lat, kiedy pół pokolenia przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie... a może jeszcze później, za inną zasłonką.
i wtedy próbuje pomóc. Czasem kompletnie mnie zaskakują. A przy tym wszystkim, umówmy się, ja też się uaktywniam. No i w tym roku było inaczej: nie ja byłam reżyserem, choć starałam się czuwać nad sytuacją (za mało? za bardzo?) ale też oni definitywnie przestali być dziećmi. Masę rzeczy załatwiali sami, czułam, że mogę odpuścić. Przykład: tak ważny element przedstawienia, jak tekturowe instrumenty, czołg oraz Koza, powstał kompletnie poza moim zasięgiem; zobaczyłam je pierwszy raz na zdjęciu na fejsbuku - były piękne. I poczułam, że ominęła mnie jakaś część imprezy. W sumie, to zawsze mnie omija; jestem po drugiej stronie zasłonki. W tym roku po drugiej stronie zasłonki działy się śliczne rzeczy; mnóstwo gestów radości, wspierania się, ściskania, przybijania piątek... a może tak jest zawsze, tylko ja pierwszy raz terytorialnie byłam razem z zespołem? Ech, przyznam, że zrobiło mi się miło; przez chwilę przestała istnieć niewidzialna ścianka miedzy nami. To było jakoś wzruszające. Że pomimo tych kilkunastu lat, pomimo tylu różnic we wrażliwości, poczuciu humoru, sposobie myślenia, o które potykam się przez cały rok, coś jednak jest wspólne. Na przykład radość i stres. I może coś jeszcze, coś ludzkiego, co kiedyś sobie może powiemy, za ileś lat, kiedy pół pokolenia przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie... a może jeszcze później, za inną zasłonką.
środa, 8 czerwca 2011
Łączenie światów albo Spotkanie.
W niedzielę byliśmy na warsztatach swingowych i to już samo w sobie byłoby świetne. Jednak - były to warsztaty zorganizowane przez wspólnotę L'Arche, co uczyniło je (dla mnie przynajmniej) zapadającymi w serce. L'Arche zajmuje się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, nasze zajęcia (ćwiczyliśmy uroczy układ z lat czterdziestych, wcale nie taki łatwy zresztą) były więc przede wszystkim "bardzo pozytywne", jak określiła je K. tudzież integracyjne. Chociaż czuję, że słowo "integracja" jest kompletnie nieodpowiednie w przypadku działań wspólnoty Jeana Vanier. Rzecz w tym, że u podstaw tego, co robią, leży niezbita wiara, że każdy człowiek (tu: każdy podopieczny) jest fantastycznym, niepowtarzalnym i niezbywalnym darem dla innych, bo ma w sobie "to coś", czego właśnie nie ma nikt inny i żeby się o tym przekonać, wystarczy trochę go poznać. Czy doświadczyliśmy tego na parkiecie w Centrum Kultury przy Elektoralnej? Chyba trochę tak, bo czuliśmy się dobrze, będąc razem. Nie wiem, czy to mało, czy dużo. Ale wiem, że zarówno idea wspólnego tańca jak i taka wiara są mi bliskie... choć w praktyce jedno i drugie jest często niełatwe. I tak sobie myślę: czy dałoby się prościej? Patrzeć w oczy po prostu, po ludzku, dotykać po ludzku, otwierać się i słuchać, w końcu - mówić po ludzku? Bez zasieków i gierek, bez lęku, jak wypadnę i jak mnie ocenią, bez wygórowanych oczekiwań względem siebie i drugiego, z nadzieją tylko i aż na Spotkanie? Spotkanie różnych światów, które są - mogą być - sobie potrzebne?
Po tamtym spotkaniu poszliśmy dalej, w pięć osób, wgłąb Muranowa, integrować się przy pudełku lodów i aparacie fotograficznym N. Sporo było radości i sporo bardzo udanych zdjęć. Patrzyłam, jak na moich oczach łączą się światy moich znajomych, choć nie zrobiłam nic, żeby temu pomóc. Jakoś tak wyszło, zupełnie po prostu.
Link do strony L'Arche jest tutaj . Warto zajrzeć - właśnie zadomowili się w Warszawie, można im pomóc.
Zdjęcie - z Muranowa. Jeśli będę miała możliwość, niebawem załączę link do zdjęć z warsztatów.
Po tamtym spotkaniu poszliśmy dalej, w pięć osób, wgłąb Muranowa, integrować się przy pudełku lodów i aparacie fotograficznym N. Sporo było radości i sporo bardzo udanych zdjęć. Patrzyłam, jak na moich oczach łączą się światy moich znajomych, choć nie zrobiłam nic, żeby temu pomóc. Jakoś tak wyszło, zupełnie po prostu.
Link do strony L'Arche jest tutaj . Warto zajrzeć - właśnie zadomowili się w Warszawie, można im pomóc.
Zdjęcie - z Muranowa. Jeśli będę miała możliwość, niebawem załączę link do zdjęć z warsztatów.
Etykiety:
integracja,
Jean Vanier,
L'arche,
lody,
Muranów,
spotkanie,
swing,
taniec
niedziela, 29 maja 2011
Jaśmin na niebie i lampa oliwkowa
Dziś będzie romantycznie. Nie może być inaczej, bo nadszedł czas wiosenno-letnich, ciepłych nocy i słowików (ostatnio opanowały krzaki przy wejściu do metra Centrum! Dzielne jakie!). No, i zaczęła się odurzająca symfonia zapachowa, w której przodują, jak co roku: jaśmin i oliwka. Kilka słów na temat tych miłych roślinek.
Najpierw odkryłam jaśmin; było to w zamierzchłych czasach, owianych młodzieńczą głupotą i tendencją do mityzacji wszystkiego. Jaśmin otrzymał status krzewu mitycznego i symbolu miłosci (obok nocy czerwcowej, nowiu księżyca etc.) z kilku racji: Po pierwsze, pojawia się na przełomie wiosny i lata, i jako taki jest dzieckiem tych dwojga (wiosna i lato występują tu w roli stęsknionych kochanków). Po drugie, mimo, że rośnie za niejednym sąsiedzkim płotem, ma w sobie nutkę egzotyczną, orientalną, już to ze względu na Pieśń nad Piesniami, już to dla Kleopatry, która olejkiem jaśminowym kazała nasączać nie tylko własne szaty i otaczające ją sprzęty ale także żagle swojej floty, żeby czuć było z daleka, że królowa przypływa, nie kto inny, już to ze względu na arabskie imię, noszone między innymi przez ukochaną Alladyna w wersji Disneyowskiej (podobno imię to nie ma etymologicznie nic wspólnego z roślina, o której mowa, ale co tam). Poza tym jaśmin jest biały, czysty, świetlisty, jak marzenia o miłości idealnej. No i pachnie. Co miłe - moi znajomi przeważnie wiedzieli, że lubię jaśmin i co roku zdarzał się ktoś, kto mi go bez powodu wręczał. No i wreszcie pamiętna (też już nieco mityczna) impreza jaśminowa, która kojarzy mi się głównie z lampionami w kolorowym szkle, jaśminem w przeróżnych naczyniach i ćmami, usypiającymi nad ranem na po kątach...
Oliwkę odkryłam dużo później. W Podkowie nie ma oliwek. Nie jestem zresztą pewna, że drzewa te serio nazywają się oliwkami, ale z wyglądu mają z nimi sporo wspólnego: te same szarawe, podłużne, twarde, ostro zakończone listki. A wśród ich gęstwiny skromne, kompletnie niewidoczne z daleka żółte kwiateczki. Niby nic, idziesz sobie rano do metra i nagle uderza cię fala słodyczy. To one, te maleństwa. Trzeba się dobrze naprzyglądać, żeby je dostrzec. Jeśli niegdyś chciałam być jaśminem, teraz zaczynam doceniać oliwkę. Jaśmin rozgwieżdża noc z niemałą dozą kokieterii - oliwka rozlewa swoje bogactwa niemal bezwiednie a w każdym razie - bezpretensjonalnie. Jak mawiają Arabowie: Skoro nie możesz być gwiazdą na niebie, bądź lampą w domu. Ech!
Najpierw odkryłam jaśmin; było to w zamierzchłych czasach, owianych młodzieńczą głupotą i tendencją do mityzacji wszystkiego. Jaśmin otrzymał status krzewu mitycznego i symbolu miłosci (obok nocy czerwcowej, nowiu księżyca etc.) z kilku racji: Po pierwsze, pojawia się na przełomie wiosny i lata, i jako taki jest dzieckiem tych dwojga (wiosna i lato występują tu w roli stęsknionych kochanków). Po drugie, mimo, że rośnie za niejednym sąsiedzkim płotem, ma w sobie nutkę egzotyczną, orientalną, już to ze względu na Pieśń nad Piesniami, już to dla Kleopatry, która olejkiem jaśminowym kazała nasączać nie tylko własne szaty i otaczające ją sprzęty ale także żagle swojej floty, żeby czuć było z daleka, że królowa przypływa, nie kto inny, już to ze względu na arabskie imię, noszone między innymi przez ukochaną Alladyna w wersji Disneyowskiej (podobno imię to nie ma etymologicznie nic wspólnego z roślina, o której mowa, ale co tam). Poza tym jaśmin jest biały, czysty, świetlisty, jak marzenia o miłości idealnej. No i pachnie. Co miłe - moi znajomi przeważnie wiedzieli, że lubię jaśmin i co roku zdarzał się ktoś, kto mi go bez powodu wręczał. No i wreszcie pamiętna (też już nieco mityczna) impreza jaśminowa, która kojarzy mi się głównie z lampionami w kolorowym szkle, jaśminem w przeróżnych naczyniach i ćmami, usypiającymi nad ranem na po kątach...
Oliwkę odkryłam dużo później. W Podkowie nie ma oliwek. Nie jestem zresztą pewna, że drzewa te serio nazywają się oliwkami, ale z wyglądu mają z nimi sporo wspólnego: te same szarawe, podłużne, twarde, ostro zakończone listki. A wśród ich gęstwiny skromne, kompletnie niewidoczne z daleka żółte kwiateczki. Niby nic, idziesz sobie rano do metra i nagle uderza cię fala słodyczy. To one, te maleństwa. Trzeba się dobrze naprzyglądać, żeby je dostrzec. Jeśli niegdyś chciałam być jaśminem, teraz zaczynam doceniać oliwkę. Jaśmin rozgwieżdża noc z niemałą dozą kokieterii - oliwka rozlewa swoje bogactwa niemal bezwiednie a w każdym razie - bezpretensjonalnie. Jak mawiają Arabowie: Skoro nie możesz być gwiazdą na niebie, bądź lampą w domu. Ech!
niedziela, 15 maja 2011
Chwila warta zatrzymania czyli: nas pięcioro, herbata i haiku
W piątek, trzynastego maja, spędziłam przeszczęśliwe popołudnie w pracy jako wolny słuchacz... wykładu o haiku! Moja droga N. w ramach przygotowań to poniedziałkowej prelekcji w pewnej bibliotece, zaczęła po prostu opowiadać, co wie (a wie dużo) i w ten sposób otworzyła mi oczy i uszy na ten znany i nieznany wątek japońskiej kultury, która, szczerze mówiąc, nigdy specjalnie mnie nie pociągała. Chyba zacznie. Haiku oczarowało mnie lapidarnością, zagadkowością (ale taką, która umożliwia odgadnięcie), fotograficznością i sezonowością. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam wykład, ale spróbuję przekazać moją świeżo nabyta wiedzę. Zdaje się, że aby powstało haiku, potrzebne jest zachwycenie się czymś (najlepiej czymś przyrodniczym) i pokora w przekazaniu tego obrazu (słowo obraz nie jest tu za dobre, bo ogranicza do zmysłu wzroku a haiku - przeciwnie) bez szkiełka własnych przeżyć. Słowem haiku ma spowodować, żeby ten, kto je czyta, zobaczył, usłyszał, odczuł zmysłowo to samo, co ten, kto je pisał. I to jest możliwe! Przekonywaliśmy się o tym po kolei wszyscy - bo kolejni odwiedzający nas znajomi wpadali "na chwilę" i zostawali, jedno po drugim, poddając się tym samym wierszom i te!u samemu efektowi "ACHA!" Zaiste, fascynujący to był widok!
Zamieszczam dwa polskie haiku, które nas powaliły, pierwsze pióra Mariusza Ogryzko:
blask ogniska
czarna woda w jeziorze
taka ciepła
Drugie, autorstwa Marii Kowal:
na nitce nad piecem
suszą się grzyby
Zdjęcie zrobione przez A.S. W sumie co najmniej trzy aparaty usiłowały uwiecznić tamtą chwilę. Haiku nikt nie napisał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




