Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impreza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impreza. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2011

Przebudzenie gościnne

    Jeden z piękniejszych momentów w imprezie z nocowaniem, to moment przebudzenia. Niedziela rano: budzę się w sypialni moich rodziców (którzy na tę noc ustąpili miejsca mojej przyjacielskiej gościnności i wyjechali na Mazury, tańczyć przy ognisku). Budzę się i serce zaczyna bić szybciej, bo wiem, że na dole są moi goście - śpiący jeszcze lub nie. Uwijam się więc z poranną toaletą i zakradam do kuchni (ku mojemu zdumieniu jest sprzątnięta a zmywarka skończyła właśnie bieg - niektórzy ujmująco dosłownie traktują komendę "czuj się, jak u siebie w domu"). Zaczynam robić śniadanie. Za chwilę zaczną się schodzić, oferować swoje talenta kulinarno-kawowe, i to też będzie miłe, ale najmilszy jest moment, kiedy wchodzą zaspani i uśmiechają się na widok stołu, na którym śniadanie już jest. Tamto, niedzielne śniadanie, było zresztą dość wyjątkowe, bo multimedialnie umilone słuchowiskiem N. Trwało długo, i tak powinno być.
    Dziś rano natomiast obudziłam się w słodkim mieszkanku K. po jej wczorajszym burrito party ze świadomością ugoszczenia absolutnego ("a klucz wrzuć do skrzynki na listy") a także z niejakim poczuciem pokrewieństwa tego mieszkania i tego poranka z podobnymi w którymś z nadmorskich miasteczek Katalonii: stare mury, białe zasłonki, słońce na ulicy i poczucie, że jest się w domu, choć wypożyczonym tylko na trochę. Wyszłam, gryząc tortillę i zapominając zabrać kilku rzeczy. Nic nie szkodzi; są miejsca, gdzie chce się być gościem dowolną ilość razy.

Na zdjęciu Mokotowska, ale wygląda naprawdę, jak Mataró - kto tam był, ten przyzna...

niedziela, 29 maja 2011

Jaśmin na niebie i lampa oliwkowa

Dziś będzie romantycznie. Nie może być inaczej, bo nadszedł czas wiosenno-letnich, ciepłych nocy i słowików (ostatnio opanowały krzaki przy wejściu do metra Centrum! Dzielne jakie!). No, i zaczęła się odurzająca symfonia zapachowa, w której przodują, jak co roku: jaśmin i oliwka. Kilka słów na temat tych miłych roślinek.
Najpierw odkryłam jaśmin; było to w zamierzchłych czasach, owianych młodzieńczą głupotą i tendencją do mityzacji wszystkiego. Jaśmin otrzymał status krzewu mitycznego i symbolu miłosci (obok nocy czerwcowej, nowiu księżyca etc.)  z kilku racji: Po pierwsze, pojawia się na przełomie wiosny i lata, i jako taki jest dzieckiem tych dwojga (wiosna i lato występują tu w roli stęsknionych kochanków). Po drugie, mimo, że rośnie za niejednym sąsiedzkim płotem, ma w sobie nutkę egzotyczną, orientalną, już to ze względu na Pieśń nad Piesniami, już to dla Kleopatry, która olejkiem jaśminowym kazała nasączać nie tylko własne szaty i otaczające ją sprzęty ale także żagle swojej floty, żeby czuć było z daleka, że królowa przypływa, nie kto inny, już to ze względu na arabskie imię, noszone między innymi przez ukochaną Alladyna w wersji Disneyowskiej (podobno imię to nie ma etymologicznie nic wspólnego z roślina, o której mowa, ale co tam). Poza tym jaśmin jest biały, czysty, świetlisty, jak marzenia o miłości idealnej. No i pachnie. Co miłe - moi znajomi przeważnie wiedzieli, że lubię jaśmin i co roku zdarzał się ktoś, kto mi go bez powodu wręczał. No i wreszcie pamiętna (też już nieco mityczna) impreza jaśminowa, która kojarzy mi się głównie z lampionami w kolorowym szkle, jaśminem w przeróżnych naczyniach i ćmami, usypiającymi nad ranem na po kątach...
Oliwkę odkryłam dużo później. W Podkowie nie ma oliwek. Nie jestem zresztą pewna, że drzewa te serio nazywają się oliwkami, ale z wyglądu mają z nimi sporo wspólnego: te same szarawe, podłużne, twarde, ostro zakończone listki. A wśród ich gęstwiny skromne, kompletnie niewidoczne z daleka żółte kwiateczki. Niby nic, idziesz sobie rano do metra i nagle uderza cię fala słodyczy. To one, te maleństwa. Trzeba się dobrze naprzyglądać, żeby je dostrzec. Jeśli niegdyś chciałam być jaśminem, teraz zaczynam doceniać oliwkę. Jaśmin rozgwieżdża noc z niemałą dozą kokieterii - oliwka rozlewa swoje bogactwa niemal bezwiednie a w każdym razie - bezpretensjonalnie. Jak mawiają Arabowie: Skoro nie możesz być gwiazdą na niebie, bądź lampą w domu. Ech!

czwartek, 3 lutego 2011

O wytrwałości w postanowieniach i o tym, że codzienność zaskakuje;)

Upomniano mnie, że miałam na blogu inspirować się codziennością, zamiast opisywać weekendowo-imprezowe atrakcje. Zrobię to teraz z chęcią... Codzienność potrafi zaskoczyć. Można nawet wpaść na nią w drzwiach. Było to tak: Wczoraj wieczorem - 2. lutego - zamierzyłam udać się na koncert kolędowy pewnego chóru, bliskiego mi z powodu śpiewających w nim znajomych. Klimat kolęd "last minute" podziałał na mnie jednak nieco zbyt skutecznie: Na wydarzenie rozpoczęte o 19.00 na głębokim Bemowie chciałam zdążyć, wyruszając z przystanku DH Smyk o godzinie 20.10. W zasadzie nie miało to sensu, ale z niespotykanym u mnie uporem brnęłam ku swej nieuchronnej porażce - nie wiedzieć czemu pocałowanie klamki kościoła, w którym koncert się odbywał uznałam za wielkie zwycięstwo nad własnym niezdecydowaniem. Na szczęście rozsądek podpowiedział mi po drodze, że warto przesiąść się w metro, co też zrobiłam. Na miejscu, oczywiście, było ciemno i prawie pusto. Nieznajome mi ostatki szanownego zespołu docierały do swoich samochodów i oddalały się w mrok. Wierna postanowieniu zbliżyłam się jednak do klamki. Nacisnąwszy ją, weszłam do pomieszczenia, w którym nic nie było, poza kolejnymi drzwiami  - z klamką. Z uporem maniaka ruszyłam w jej stronę licząc, że drzwi, jak to drzwi, muszą doprowadzić mnie w końcu do czegoś, co usprawiedliwi całą tę eskapadę. Miałam rację! W drzwiach wpadłam na moje usprawiedliwienie w postaci znajomego tenora, do którego dołączyła niedługo równie znajoma dyrygentka oraz kilka innych osób i nie wiedzieć kiedy - jechałam z nimi na imprezę "u Piasia". Czyż to nie cudna alternatywa dla samotnego wracania w chłodzie i głodzie na Imielin? Jakby tego było mało, impreza okazała się reprezentować gatunek imprez przeuroczych. Tyleż kameralna (mniej niż dziesięć osób) co klimatyczna (muzyka w najlepszym wydaniu, łącznie z Caro Emerald;)). I przekonałam się na własnej skórze, że kiedy ludzie mają powód do radości, kiedy się lubią i lubią tańczyć, to będą tańczyć także w środku tygodnia, bez pompy, bez tłumu, przy nalewce i frytkach, w świetle choinkowych lampek porozwieszanych po ścianach (niestety nie zrobiłam im zdjęcia - to, co widać, to lampki z naszej kuchni, mniej kolorowe, niż tamte). Więc tańczyłam, rozmawiałam i czułam się przyjęta tak przez Piasia jak przez jego gości, którym chcę podziękować za ten niespodziewany wieczór, jeśli zdarzy im się przeczytać tego posta. I tak codzienność potrafi zaskoczyć... Chociaż w sumie, to wczoraj było święto.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Impreza i po imprezie.

Po imprezie zwykle jest dużo przemyśleń. Im lepsza impreza, tym więcej. A ta była bardzo udana - nie licząc wizyty na ostrym dyżurze po spotkaniu gospodyni z ostrym przedmiotem  w postaci stłuczonej butelki w śmietniku:/  - choć i to doświadczenie do przemyśleń skłania.
Bardziej skłania taniec i - rozmowa o tańcu. Pierwszy element sam w sobie przewidywalny, choć pełen różnorakich niespodzianek i odkryć. Raz byłam odkrywcą a raz odkryciem - jedno i drugie było miłe. Rozmowa o tańcu około godziny wpół do trzeciej nie jest jednak często spotykanym zjawiskiem imprezowym. Szczególnie, jeśli się rozmawia z kimś, z kim przed chwilą się tańczyło. A więc tak jakby: zdarzenie i refleksja, albo też wymiana refleksji. Nie każdemu to pewnie jest potrzebne, ale akurat zarówno mój rozmówca, jak i ja sama należymy do osób, dla których taniec jest TEMATEM. A na tematy się rozmawia. Co prawda nie doszliśmy do żadnego światłego wniosku, ale podzieliliśmy się doświadczeniem, co jest zawsze przydatne. Trochę mi się poszerzył horyzont i chyba rozmówcy też. Tańcu, moje drogie zasupłanie, kiedyż cię rozsupłam?:) Czym w końcu jesteś? Możesz być grą aktorską ale możesz być również wyrażaniem prawdziwych pragnień. Możesz być sportem i możesz być sztuką. Możesz być namiastką. Pewnie możesz być też prostą przyjemnością... co dla niektórych jest nieosiągalne... Niestety? A może i w tym jest bogactwo? Może zrezygnować z "niestety" i zaakceptować rzecz, jaką jest?

Złota spódnica wiruje, posłuszna prawom fizyki. Euforia miesza się z niepokojem. Pochwały cieszą i peszą. Słodycz powoli przechodzi w gorycz. I pojawia się pytanie o dobro. I nie ma takiej odpowiedzi, która by to wszystko uprościła. Jeszcze jej nie ma.