Ten post dedykuję w całości pewnej Dziewczynce, która przez ostatnie pół roku w tajemniczy sposób przysłużyła się Bogu i nam, tylko będąc. I to przez dłuższy czas - niewidzialnie, bo we wnętrzu mamusi. Kiedy A. przyszła do mnie do sklepu, jakoś wiosną, chyba wtedy właśnie po raz pierwszy dowiedziałam się o jej istnieniu. Potem, jak mi się zdaje, równocześnie z wiadomością o chorobie, pojawiło się też jej imię - Tereska. I pod tym imieniem osiągnęła szczyty popularności w naprawdę młodym wieku; ani jej rodzice, ani ja tym bardziej nie mam pojęcia, ile osób modliło się za Tereskę, ale jej mama, A. twierdzi, że mniej więcej pół Polski.
I naprawdę nie wiem, co o Twoim byciu między nami, Terko, pisać. Na Twojej Mszy żałobnej śpiewałam psalm o Pasterzu, ten jedyny chyba, który znam na pamięć i wydał mi się kompletnie nowy, bo opowiadał o Tobie.O Tobie, której zdrowiem wszyscy się martwili a Ty mieszkałaś sobie tam cicho w brzuchu, kopałaś czasem, gdy się przyłożyło dłoń i, jako żywo - nie brak Ci było niczego. W dniu, w którym przeszłaś przez nasz świat, spadł śnieg, Twój tata porobił mu ładne zdjęcia. Bo "Tereski lubią śnieg i lubią róże"... Kiedyśmy żegnali Cię na cmentarzu, zostałaś literalnie zasypana różami - i dobrze, tak powinno być. Bo tak robi Miłość. Zasypuje różami za to tylko, że się jest. A to, że się jest, przysparza miłości, rodzi ją w ludziach. Jak to się dzieje? Bóg jeden wie. Ale i Ty wiesz. Ty już teraz wszystko wiesz. Najmłodsza z nas i najstarsza, bo nas wszystkich wyprzedziłaś, pobiegłaś na skróty. I już co poniektórzy zaczęli doświadczać Twojego wstawiennictwa. Ja chcę Ci podziękować za relację z Twoją mamą. Myślę, że nie rozwinęłaby się tak, gdyby nie Ty. Nic nie zbliżyło nas do siebie tak, jak Twoje życie i Twoja śmierć. Wiem, że się modlisz za nas, Maleńka, nie słowami, ale całą sobą. Twoi dzielni rodzice też to wiedzą. Ból, który jest, czeka na śnieg.
Na zdjęciu różane niebo i świeży śnieg, zdjęcie taty B.
Po pierwsze, słowa mnożą się i odbijają w coraz to nowych lusterkach, kiedy nimi poobracać: Środek okręgu, złoty środek, środek czyli wnętrze. Środki odurzające, środki nasenne, środki owadobójcze. "Nie przebierał w środkach" - a właściwie dlaczego NIE przebierał? Przecież miał w czym! Wiec po drugie, zrobiłam sondaż wśród znajomych na Fejsbuku. I pierwszy komentarz trafił w sedno (czyli w środek): "Hmm... no miejsce w którym jest dużo różnych środków i można w nich przebierać". Właśnie tak!:)
wtorek, 31 stycznia 2012
czwartek, 5 stycznia 2012
Życie jest, jak mandarynka...
Przepraszam wszystkich za przydługie milczenie; tak to jest, że kiedy dużo się dzieje, nie wiadomo, jak i o czym pisać. Minął Adwent, Boże Narodzenie, Sylwester i jeszcze moje małe osobiste święto, słowem czas życzeń i podarków. I właśnie teraz wiem już, o czym chcę napisać; o byciu obdarowaną. Dostałam w tym czasie masę prezentów, materialnych i niematerialnych, podchoinkowych i urodzinowych; i to wszystko pomagało mi krążyć myślami wokół tego Prezentu, jakim jest całe życie. Prezent od Boga. Wielka seria prezentów. Ze świątecznej Oktawy wyjmuję dwa znaczące zdarzenia.Pierwsze przedziwnie niepozorne, porażające powszedniością: mama spakowała mi do pracy garść mandarynek. No i jadłam tam te mandarynki, w międzyczasie, w pośpiechu, w kakafonii centrum handlowego. Ale przy ostatniej naszła mnie myśl, że ta mała, pomarańczowa kulka to dar od Boga dla mnie. I tak mandarynka w ciągu kolejnych sekund nabierała znaczenia. Miał znaczenie jej kragły kształt i obieranie jej ze skórki - było, jak odpakowywanie prezentu. Zapach tej skórki! Wdychałam go, jakbym po raz pierwszy w życiu miała do czynienia z czymś równie ślicznym; został przecież skomponowany specjalnie dla mnie, niczym autorskie perfumy z dedykacją. Wreszcie zabrałam się do jedzenia tej mandarynki. Rozkoszowałam się nią, cudnie soczystą, pełną smaku, doskonałą. Czułam się, niczym Matka Ewa, kosztująca pierwszej w świecie mandarynki od Pana w świeżo zasadzonym rajskim ogrodzie.I wszystko to bez szczególnych uniesień, za pomocą jedynie Łaski i wyobraźni! Patrzyłam w sufit, z którego padały kolejne refleksje: Czy można by tak żyć? Tak przyjmować wszystko, co nas spotyka, każdego dnia? I - wielkie nieba! - ileż to mandarynek zjadłam już w życiu, nie myśląc w ten sposób i nie zauważając ich, nie rozumiejąc, że są darem miłości?
Drugie wydarzenie zajęło cały następny dzień. Dostałam od moich przyjaciół urodzinową grę miejską (a właściwie międzymiastową). Przyszłam rano do pracy i dowiedziałam się od koleżanki, że zmiana planów... Wetknęła mi w rękę pierwszy list ze wskazówkami, gdzie i o której mam się znaleźć, a potem potoczyło się... I co mogę powiedzieć o naturze prezentu-niespodzianki? Że jest się zaskoczonym, kiedy przychodzi. A potem, kiedy wiesz już, że "się zaczęło", nie masz bladego pojęcia, co cię spotka za chwilę i dokąd cię to poprowadzi. Burzy to wszystkie twoje plany, co może budzić strach i irytację (przy drugim punkcie, wychodząc z lodowatego strumyka usłyszałam, ze "to dopiero początek!" i była to prawda). Aby więc przyjąć prezent, konieczne jest bezbrzeżne zaufanie. i tylko wtedy można się tym wszystkim naprawdę ucieszyć. A uciecha to ogromna! Tak serio - to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Trzydziestka stuknęła mi w trasie, pomiędzy jednym a drugim punktem i spotkaniem. Dzień ten, niczym pudełko czekoladek Foresta Gumpa, ofiarował mi pełną paletę atrakcji, od lodowatego strumyka do wanny pełnej płatków róż. Dowierzając swemu szczęściu, unurzałam się w tych moich urodzinach po uszy. Pachniały mandarynką.
Mandarynką pachniał też Album, Tort, taniec i wszystkie prezenty, które doceniłam dopiero następnego dnia... Dziękuję Wszystkim za wszystko.
poniedziałek, 14 listopada 2011
O śpiewającym domku, ciszy leśnej i utalentowanym ministrancie
Jeden z tych momentów, kiedy czuję się bezradna, próbując coś opisać.
W listopadowy weekend pojechałam tam, gdzie nie spodziewałam się pojechać; do Zochcina, do siostry Małgorzaty, w góry Świętokrzyskie. Przez cztery dni mieszkałam w śpiewającym domku. Śpiewającym, bo pojechałam z ludźmi, którzy zasadniczo nie potrafią nie śpiewać, bo są z chóru JP2 i tak mają. Było cudownie. Luźno. Wędrowniczo. Bezsennie. Całowaliśmy Drzewo Krzyża w Świętym Krzyżu, oglądaliśmy wschód księżyca, graliśmy we wszystko, wygłupialiśmy się, byliśmy razem i śpiewaliśmy, gdzie popadło. Ja najpierw głównie słuchałam, ale w końcu udało mi się czegoś nauczyć. Las nauczył nas ciszy. Przez chwilę, długą, śliczną chwilę, nie robiliśmy nic poza słuchaniem jej. Poza tym, robiliśmy wszystko, dużo i ciągle. A ostatniego dnia, w niedzielę, poszliśmy w końcu odwiedzić porządnie Gospodarzy. Na Mszy zapamiętałam Artura, adoptowanego syna siostry Małgorzaty, który dzwonił na przeistoczenie. Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś w to dzwonienie włożył tyle precyzji. Ministrant, który przez całą Mszę krążył po kaplicy, nie skupiając się na niczym zbyt długo, w tym jednym momencie był cały w tym, co robił. Ewangelia była o talentach. To nie ważne, czy się ma dziesięć, czy tylko ten jeden, ważne, żeby go użyć. I, jak powiedziała nam siostra Małgorzata na odjezdnym; nie zmieni się samego siebie, nie zmieniając świata. Czyli, że z tego miejsca, w którym jestem, mogę zacząć robić coś. Zawsze. Mam ochotę jeszcze raz wszystkim podziękować za ten czas. To na pewno nie koniec, chociaż wyjazd się skończył, zbyt prędko, zresztą. To na pewno jakiś początek, albo dalszy ciąg Przygody. Na pewno.
Zamieszczam link do Wspólnoty Chleb Życia
i do bloga siostry Małgorzaty
Zdjęcie z drogi do Zochcina. Nie oddaje rzeczywistości w takim samym stopniu, jak ten post;)
poniedziałek, 7 listopada 2011
Spacer po raju
Początek listopada, tajemniczy i słodki. Czas Świętych i Tych, Co Odeszli, czas liściastych kobierców na cmentarzach, wczesnych a złotych zachodów słońca i czas spacerów. Samotnych, dobrych. Jeszcze lepszych - w towarzystwie. Opowiem o dwóch, które mi się przydarzyły. Pierwszy był z El. Obudziłyśmy się u niej, zjadłyśmy śniadanie i poszłyśmy do Ogrodu Saskiego, zabierając ze sobą moich "Romea i Julię". Rozsypująca się, czerwona książeczka znów mi ostatnio towarzyszy, bo dorośliśmy wreszcie z Hodowlą Szczeżuchy do Shakespeare'a. Tym razem urok jej posłużył sesji fotograficznej. El pozowała, czytała po cichu i na głos, ja robiłam zdjęcia, stając się dumną autorką pierwszego posta na Elinym blogu. Potem rozmawiałyśmy. Tak pamiętam ten dzień: czerwona książeczka na przekór temperaturze, nasza wiara i dobre chęci na przekór trudom życia. Da się! Naprawdę, nawet, jeśli efekty nie są olśniewające, watro wyjść, warto mówić i wierzyć. Drugi spacer był wczoraj. W złoty, niedzielny poranek pojechaliśmy dwunastką do Kampinosu i spędziliśmy tam dzień. I wierzcie lub nie; można w listopadzie jeść na mchu drugie śniadanie! Można robić coś razem pomimo różnic oczekiwań, można usłyszeć, jak płynie prąd, można tańczyć w parach na ścieżce przy mambo puszczonym z komórki, i można urządzić wieczór poetycki w oczekiwaniu na autobus... Zresztą, jeszcze kilka rzeczy okazało się możliwymi tego dnia. Ki, idąc przy mnie ścieżką, powiedziała: "Nie trzeba więcej, to jest raj!" Na co ja: "To nawet lepiej, niż raj, bo tam były tylko dwie osoby a tu jest dwanaście". "Nie - usłyszałam -bo to jest ten Raj, który b ę d z i e". A kilka godzin później ojciec M. w kazaniu powiedział nam własnym rytmie w wędrowaniu. Tempo, które jest tylko moje, które zna Bóg, jedyne odpowiednie i dobroczynne. Tak łatwo je zagubić, próbując dogonić oczekiwania czyjeś lub własne. Tymczasem może trzeba powolutku, smakując, wdychając bez lęku obietnicę Raju, która codziennie jest nam dawana.
Zdjęcie, które widać, zrobiła Ki.
Etykiety:
Kampinos,
Listopad,
Ogród Saski,
raj,
Romeo i Julia,
spacer,
Święci
środa, 28 września 2011
Miłość, ot, co.
Przemyślenia i rozmowy ostatnich dni. Trudne. Co tak naprawdę decyduje o wartości człowieka? To, co wie? To, co potrafi? To, czy jest dojrzały, odpowiedzialny, dobry, mądry, mocny? A jeśli właśnie jest słaby, to co? Należy nim pogardzić? Czy właśnie go kochać? Bóg tak przecież patrzy; z darmową, niezmienną miłością. I to prawda, że bez miłości nie jestem w stanie niczego w sobie rozwinąć, niczego przewalczyć. Tak, jak roślina nie wyrośnie, nie zakwitnie, nie dojrzeje bez wody i słońca. Myślę o całej miłości, której doświadczyłam w życiu. Miłości ludzi; najprostszej, codziennej, tej wiary we mnie, spojrzeń pełnych ciepła i dumy. I miłości Boga, tej najsłodszej, szokującej i tajemniczej, wymagającej ale nie raniącej, pociągającej a nie przytłaczającej... Tak, doświadczyłam jej. Doświadczam jej. Życzę każdemu, żeby jej doświadczył. Myślę o miłości ostatnich dni. O Tych, którzy odważyli się kochać swoje dziecko pomimo choroby. O Tej, która zaadoptowała na odległość chłopczyka z Kamerunu.O dobrych słowach, które ktoś dzisiaj skierował do mnie. O kruchym cieście w kształcie serca, które ktoś dostanie na imieniny. Jego Autorka piekąc, przygotowuje się do egzaminu. I nawet, jeśli nie zda, nadal będzie kochana. Myślę o różach, które dostałam przed tygodniem. I myślę o mojej patronce, Teresce Martin, która powiedziała "w sercu Kościoła, mojej matki, będę miłością". Szalone i genialne, jak kilka innych jej tekstów. Dotarła do sedna moja Tereska.
środa, 3 sierpnia 2011
Przebudzenie gościnne
Jeden z piękniejszych momentów w imprezie z nocowaniem, to moment przebudzenia. Niedziela rano: budzę się w sypialni moich rodziców (którzy na tę noc ustąpili miejsca mojej przyjacielskiej gościnności i wyjechali na Mazury, tańczyć przy ognisku). Budzę się i serce zaczyna bić szybciej, bo wiem, że na dole są moi goście - śpiący jeszcze lub nie. Uwijam się więc z poranną toaletą i zakradam do kuchni (ku mojemu zdumieniu jest sprzątnięta a zmywarka skończyła właśnie bieg - niektórzy ujmująco dosłownie traktują komendę "czuj się, jak u siebie w domu"). Zaczynam robić śniadanie. Za chwilę zaczną się schodzić, oferować swoje talenta kulinarno-kawowe, i to też będzie miłe, ale najmilszy jest moment, kiedy wchodzą zaspani i uśmiechają się na widok stołu, na którym śniadanie już jest. Tamto, niedzielne śniadanie, było zresztą dość wyjątkowe, bo multimedialnie umilone słuchowiskiem N. Trwało długo, i tak powinno być.
Dziś rano natomiast obudziłam się w słodkim mieszkanku K. po jej wczorajszym burrito party ze świadomością ugoszczenia absolutnego ("a klucz wrzuć do skrzynki na listy") a także z niejakim poczuciem pokrewieństwa tego mieszkania i tego poranka z podobnymi w którymś z nadmorskich miasteczek Katalonii: stare mury, białe zasłonki, słońce na ulicy i poczucie, że jest się w domu, choć wypożyczonym tylko na trochę. Wyszłam, gryząc tortillę i zapominając zabrać kilku rzeczy. Nic nie szkodzi; są miejsca, gdzie chce się być gościem dowolną ilość razy.
Na zdjęciu Mokotowska, ale wygląda naprawdę, jak Mataró - kto tam był, ten przyzna...
Na zdjęciu Mokotowska, ale wygląda naprawdę, jak Mataró - kto tam był, ten przyzna...
poniedziałek, 4 lipca 2011
Z pamiętnika świadkowej
Stało się; nasi drodzy A.i A. są mężem i żoną.W imielowym mieszkanku od dwóch dni kiełkuje życie rodzinne. Kiełkuje pośród stosu prezentów oraz paru bukietów, które wnieśliśmy tam w przerwie między ślubem a weselem, żeby spożytkować jakoś czas zjeżdżania się gości na miejsce imprezy. Z rzeczy, które zapadły mi w pamięć: Panna Młoda uspo-głaskająca najpierw Pana Młodego przy ołtarzu, potem jego mamę zapłakaną w czasie podziękowań. Wygląda to na świeży charyzmat, nigdy wcześniej nie było widoczne tak wyraźnie.
Druga rzecz: znany mi już wodzirej M.w akcji - ten człowiek zdecydowanie robi to, co powinien. Nie tylko wprowadza świetną atmosferę, ma pomysły i tak dalej, bo to ma wielu jego kolegów po fachu. Ale M. lubi ludzi, nie boi się ich, nie szuka na siłę dystansu. Znajduje wspólny język z dziećmi i z dorosłymi, jest przy tym delikatny i energiczny zarazem. A w międzyczasie tańczy, pomimo, że jest w pracy, i to - obserwacja znajomych - z dziewczynami, które dawno nie tańczyły.
Trzecia rzecz: podwójny taniec Pary Młodej. Pierwszą jego część stanowił walc angielski z figurami długo ćwiczonymi, także u mnie w pokoju, więc znałam je trochę. Wyszło gładko i bez potknięć (rzadka sprawa). Ale dla mnie byłoby to mało, gdyby nie drugi taniec parę godzin później. Na walca M. musiał pozbierać nas od stołów i ustawić w kręgu, żeby mogli przed nami zatańczyć. Przy tym drugim tańcu parkiet opustoszał sam a goście zbiegali się stopniowo, porzucając talerze i rozmowy, żeby popatrzeć i przyklaskać ich spontanicznemu szaleństwu. Też nigdy nie widziałam, żeby tak tańczyli. Mam nadzieję, że im to zostanie. Było pięknie. Niech będzie jeszcze piękniej.
Zdjęcie wirujące, z tańca drugiego;))
Drugie zdjęcie (Młody kontra Świadkowa)dodałam dla tych, którzy domagali się zdjęcia Tequili - oto i ona;), spisała się świetnie, dzięki raz jeszcze Zof:*!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

