piątek, 29 kwietnia 2011

Niekończąca się Niedziela

Chrystus Zmartwychwstał więc i dziś już szósty dzień, jak trwa "święty dzień". Niby piątek, ale nie piątek, po prostu kolejny dzień Oktawy Wielkanocnej, ciąg dalszy Pierwszego Dnia, dnia bez końca. Dziś rano pomyślałam sobie, że tak kiedyś będzie; dzień bez końca, bez zmierzchu, bez jakiegokolwiek załamania niekończącej się radości. Na to czekamy, to mamy obiecane, nic więc dziwnego, że Kościół urządza sobie takie ośmiodniowe świętowania - trzeba się wprawiać. Wszystko zaczęło się w sobotę wieczór i przyznam, że zyskałam w tym roku całkiem nową perspektywę wydarzenia, jakim jest Noc Paschalna. Zamiast bowiem śpiewać w scholi, z widokiem na ołtarz, prezbiterów, znajomych w albach i dziesięcioro chrzczonych tej nocy baranków młodych, siedziałam z samego tyłu, na schodkach. A nawet - pierwszy raz - poczekałam na zewnątrz aż ojciec Mirosław poświęci nowy Paschał i weszłam do kościoła za jego płomieniem. Co zobaczyłam? Sklepienie kościoła św. Jacka w blasku ognia trochę nierzeczywiste, bluszcz spuszczający się z góry, niczym w pałacu Tolkienowskich elfów, morze ludzi, radosnych, czekających, świątecznych. A potem Noc prowadziła nas od jednego triumfu do drugiego: Exultet, liturgia czytań, chrzest, modlitwy, wreszcie Eucharystia, procesja wokół kościoła, no i ten cudny, dumny hymn Te Deum, który śpiewa się stojąc twarzą w twarz z Chrystusem obecnym w monstrancji na ołtarzu - a wszystko powoli, powoli... i pięknie tak, że się wie, że się tego nie ogarnie, nie spamięta, można tylko, w szczęściu i w znużeniu, siedząc na schodkach, spijać słodycz małymi łykami. Liturgia skończyła się około godziny pierwszej, by dać miejsce bardziej spontanicznym wybuchom wielkanocnej radości (chyba bardziej w tym roku spontanicznym, niż zwykle) i ta radość trwa sobie do dzisiaj i potrwa jeszcze o wiele, wiele dłużej. Wracając jeszcze do Tolkiena a raczej do jego adaptacji: ktoś powiedział, że film "Powrót Króla" od połowy stanowi serię zakończeń. Dodałabym, że triumfalnych zakończeń (rzadko płaczę na filmach, a na tym nawet mnie się udało).
Nie bedę zamieszczać tu linków do filmu, pewnie jeszcze gdzieś są te fragmenty, porozrzucane po Youtubie, mozna sobie poszukać. Zamieszczę dwa inne: Pierwszy - do utworu, który podobnie eskaluje radość; kiedy zdaje się, że nie mozna już więcej, okazuje się, że to dopiero początek. Serdecznie namawiam do słuchania, ale uwaga; utwór należy do tych, których nie da się puszczać w tle, trzeba  w y s ł u c h a ć.
Drugi link  - do naszej radości paschalnej, po-liturgicznej, czyli do Poloneza Paschalnego 2011.
Co jeszcze? Radosnych Świąt powrotu Króla! Wciąż trwają, pijmy je, smakujmy... On naprawdę zmartwychwstał
i działa.
Siedem Pieśni Marii - Zmartwychwstanie
Polonez Fretowy

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Medytacja Wielkoponiedziałkowa

Ponieważ był Wielki Post i ponieważ przywykłam to robić - szukałam pomocy w Słowie, które żyje. Słowa, które żyje nie można popędzać. Można Go słuchać i o Nim myśleć. Pozwolić Mu płynąć, nie zamykając w schematach. I nie bojąc się być w tym sobą -  zaufać, że Ono sobie poradzi. Dziś rano dostałam kolejny element układanki, a może nawet - spoiwo. Tak, sądzę, że Miłość jest spoiwem; balsamicznym, słodkim, płynnym i ciepłym. Doświadczyłam jej dziś rano, próbując zamienić się miejscami z Szymonem Cyrenejczykiem. Nie jest to łatwe, szczególnie, kiedy się jest kobietą... Pomyślałam o tym od razu: Szymon musiał być chłop jak dąb, skoro rzucił się w oczy tym żołnierzom jako pożądany tragarz. Ja spojrzałam na ogromną belę nad moją głową i wiedziałam jedno: może uda mi się to przez chwilę utrzymać, może uda mi się nie upaść ale - nic więcej. Kiedy już poczułam ciężar i rozmyślałam nad tym, co powyżej, zauważyłam wreszcie, że Skazaniec leży obok mnie na ziemi. Był ledwo żywy i nie byłam pewna, czy wstanie. Może bym Mu pomogła, ale nie miałam wolnej ręki. Chyba zaczęłam Go prosić, żeby wstał. I w końcu wstał. Objął lewym ramieniem mnie i krzyż. Poczułam Go. Jeśli ktoś widział "Pasję" Gibsona, to pewnie się orientuje, że tam ta scena wyglądała podobnie. Zapamiętałam ją z powodu skojarzenia tekstem o jarzmie: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie". (Mt.11, 28-30).  Może większość czytelników wie, co to jest jarzmo, ja jednak długo nie wiedziałam, że to taka uprząż dla wołu a już na pewno nie kojarzyłam, że taka uprząż bywa podwójna. Więc w takim "jarzmie" szedł pod górę filmowy Szymon z Jezusem i w takim jarzmie szłam dzisiaj ja, objęta Jego ciepłą, wilgotną od krwi, omdlewającą a jednak zdecydowaną ręką. I było słodkie! Bo On był obok i  obejmowała mnie Jego ręka. Czy było lekkie? Prawdę mówiąc przestałam je czuć, zachwycona tylko Jego obecnością. Chciałam, żeby nie kończyła się ta droga i żeby nie kończyła się ta medytacja.  Skończyła się i zastanawiam się teraz, czy w życiu też tak się da? Przestać przyglądać się temu cierpieniu, które i tak jest, a popatrzeć na Tego obok i zachwycić się Nim. Uwierzyć, że Go obchodzi. Że współodczuwa. Że już je poniósł na własnych plecach wtedy, tam. Jesteśmy w fantastycznej sytuacji: każde nasze cierpienie JEST już tam zaniesione, jest odkupione przez Niego. Przepojone Jego miłością, ciepłą, słodką, balsamiczną, kojącą.
A przed nami zmartwychwstanie...

Link do "jarzma" wg Wikipedii, szczególnie polecam obrazki:)

środa, 23 marca 2011

Przebłysk

Kiedy Ł. zadzwonił, stałam na plaży w Gdyni. To było kilka tygodni temu, były ostatki i pojechałyśmy z mamą do Trójmiasta, żeby najeść się pączków i zobaczyć morze, które na szczęście akurat wyszło spod lodu. Odebrałam ten telefon z drżeniem, obawiając się konfrontacji z czymś niepojęcie bolesnym. W zamian usłyszałam znajomy głos, który zaprosił mnie na "pogrzeb naszego Dziecka" i  polecił przynieść ciasto. Kilka dni później jechałam na Służew walcząc z czasem i z poczuciem zażenowania, że wystąpię w pomarańczowych spodniach i nie zdążę nawet kupić kwiatów. A potem, całkiem niedługo potem okazało się, że to wszystko nieważne. A. przytulając mnie powiedziała tego dnia: "Tak się cieszę, że jesteś kolorowa!" (swoją drogą nie wiem czy wiesz ale to było moje marzenie ale niewypowiedziane żeby na tym pogrzebie ludzie nie przyszli tradycyjnie na czarno tylko głupio mi było to napisać....więc dziękuję:)  A kwiaty... cóż - kwiaty niosłam takie, jakich nie niósł nikt inny; ten bukiecik, który w czasie Mszy stał na białej trumience, przykrywając ją w dużej części. Nigdy wcześniej nie byłam w tej kaplicy: jest mała, ciepła, ładna i przytulna. Zmieściła się tak jednak pokaźna schola i cała masa ludzi, którzy przyszli, żeby być z A. i Ł. Większość zwolniła się z pracy i czuła się niepewnie, co było widać (serio?). Niektórzy płakali, ja trochę też. A. łamał się głos, kiedy śpiewała psalm (trochę to brzmi dramatycznie, serio to tak wyszło? mnie było spokojnie w tamtym miejscu...to taki fajny stan kiedy gdzieś w środku czujesz spokój i Opiekę  choć ciało robi co innego- nogi się trzęsą i głos pewnie trochę też...ale nawet to że te nogi latają w niczym nie umniejsza tego spokoju...po prostu trochę trudniej ustać:) a Ł., kiedy czytał czytanie, trochę plątały się słowa, ale to były słowa Życia. Przeczytane, wyśpiewane, żeby pocieszać i rozświetlać noc. Wybrane przez nich, tak, jak w dniu ich ślubu, w sierpniu półtora roku temu. I  - mam nadzieję, że nikogo nie zgorszę - miałam to nieodparte wrażenie podobieństwa (my też) także i później , kiedy oni wzięli tę białą trumienkę, w której spoczęło ciałko Janka  Marii na kilka miesięcy przed czasem, w którym zwykle ludzie przychodzą na świat, i poszli z nią w stronę cmentarza. A my szliśmy za nimi, tak samo, jak tamtego sierpniowego dnia przez ulice Starego Miasta. Wtedy byli biali, teraz czarni. Ale Jankowa trumna nadal była biała. I oni nadal - nie! BARDZIEJ pełni wiary i nadziei. I miłości - razem, jak chyba nigdy dotąd. Czy wiedzieli, że są znakiem? Znakiem niepodważalnym, niezaprzeczalnym, bo zbyt mocno doświadczonym przez ból, aby mu nie wierzyć? Czy wiedzieli, że ich droga na cmentarz mówi więcej, niż wszystkie marsze z antyaborcyjnymi hasłami na transparentach? Miałam doprawdy poczucie, że w tej śmierci jest pełnia Życia i tym Życiem karmimy się wszyscy. Daj Boże każdemu uczynić ze swojej śmierci taki dar dla innych. Czekaliśmy, aż panowie zasypią grób i ojciec zaczął śpiewać "Zwycięzcę śmierci". Włączyliśmy się; schola, oczywiście, czterogłosem. I pomyślałam z rozbawieniem, że w tym roku Wielkanoc przychodzi na skróty. A potem A. i Z. wychylili się zza czyjegoś nagrobka i powiedzieli nam to, co potrzebowaliśmy usłyszeć. Że jesteśmy spękani i nie wiemy, jakimi słowami do nich mówić. I że to nie jest ważne. Ze współcierpieć można ze śmiechem, z uściskiem, ze słodyczą, nieporadnie, po prostu będąc. Ściskaliśmy ich więc i śmialiśmy się i wzruszaliśmy i jedliśmy słodycze z herbatą w sali u oo. dominikanów. Nasz mały Święty, który narodził się tylko raz - od razu dla Nieba, zaniósł przed oblicze Pana jedną moją intencję. Nie ma to, jak znajomości...:) I to jest chyba wszystko, co chciałabym napisać o Przebłysku, który zdarzył się nam w tym roku u progu Wielkiego Postu. A nie, jeszcze to, że "warto żyć. Z Panem Bogiem warto żyć" - to też z mowy znad tablicy pamiątkowej. W tych okolicznościach zapadło w pamięć.
Niebieskie wstawki to komentarze A. Na zdjęciu - plaża w Gdyni. Ktoś powiedział, że tak powinna wyglądać wieczność. Osobiście przypuszczam, że jest cieplejsza i bardziej kolorowa, ale co tam. Każdy ma swoje przebłyski.

czwartek, 24 lutego 2011

Pojedynek z omletem

Dla wyjaśnienia: pojedynki są ciągłą atrakcją tych, którzy nie są dumnymi singlami a nie są też tym, czym by być chcieli - miejmy nadzieję, że czasowo. Tak czy siak, żyjąc w pojedynkę trzeba co jakiś czas pojedynkować się ze sobą, z przedwczesnymi podmuchami wiosny, z jakąś piosenką, z jakimś filmem i tak dalej. Metodą prób i błędów udało mi się opracować jedną dość skuteczną metodę pojedynku. Ponieważ o miłość tu chodzi, nie da się jej oszukać i należnego jej miejsca zapełnić czymkolwiek innym. Należy więc ze słabości broń uczynić i - kochać! Kochać ludzi, którzy są. Bliskich i mniej bliskich, sąsiadów, przyjaciół i - uwaga - rodzinę też! Im bardziej pomysł wydaje się karkołomny, tym bardziej będziecie zdumieni efektem. Oczywiście, trudno wykrzesać z siebie zaraz zrozumienie, cierpliwość, słodycz, którą ci wszyscy kochani chcieliby się akurat nakarmić, gdyby ich ktoś zapytał. To nic! Trzeba zrobić coś, co akurat się umie. W moim przypadku jest to omlet. 

PRZEPIS NA OMLET A'LA MUSZ (MOUCHE):
Potrzebujesz: kogoś, dla kogo zrobisz omleta, patelni, jajek (na początek wystarczą dwa), miksera, oliwek (mogą być w dwóch kolorach i krojone), pomidora, octu winnego, odrobiny mąki, puszki kukurydzy i czegokolwiek innego, co jeszcze chcesz tam dorzucić.
Robisz tak: oddzielasz białka od żółtek i ubijasz z nich pianę, soląc ją leciutko. Żółtka wędrują do miski i to wcale nie takiej małej: musi się tam zmieścić razem z nimi cała reszta ingrediencji oraz mąka (ale nie dużo). To nie znaczy, że wrzucamy tyle, ile się zmieści - z umiarem. Musi starczyć na następny omlet, bo na jednym na pewno się nie skończy...
Teraz najważniejsze: smarujesz patelnię olejem i stawiasz na gazie, w miarę dużym. Przekładasz  to kolorowe do tego białego i mieszasz dokładnie, ale już łyżką, nie mikserem. A potem szybko na patelnię - plask! Można pogłaskać omlet łyżką od góry, żeby pomóc mu zająć wygodnie całą przestrzeń i w tym momencie zmniejszyć nieco gaz, żeby się nie przypalił (ale jeśli się przypali, nie panikujemy, i tak będzie dobry). Przykrywamy patelnię przykrywką, jeśli jest (u mnie nie było) lub dużym talerzem (był). Po czterech minutach sprawdzamy delikatnie, najlepiej przy pomocy plastikowego płaskiego narzędzia, czy spód omleta jest już gotów odkleić się od patelni. Na ogół okazuje się, że tak i do tego jest brązowy - to oznacza, że czas na Misję Decydującą. Po kilku latach prób okazało się, że jest ona prosta i nie trzeba niczego przerzucać w powietrzu, ale wcześniej to był moment traumatyczny. Jeśli macie ochotę na sporty ekstremalne, to podrzucajcie - jest to niezapomniane doswiadczenie kształtujące charakter. Ale potem możecie po prostu podważyć omlet tą plastikową packą i zsunać go na talerz. Talerz kładziemy sobie na dłoni i przykrywamy patelnią od góry a potem jedno, zdecydowane siup! -
i przewrócony omlet wraca na gaz. Na niezbyt długo; już po chwili druga strona medalu jest juz gotowa rozstać się z patelnią a wasz życiowy triumf rozbrzmiewa w harmonijnych ochach i achach umiłowanego społeczeństwa. Uwaga: jeśli przypadkiem napiszecie na FB: "Mam ochotę usmażyć dziś komuś omleta", nie zdziwcie się, jeśli gości przyjdzie nieco więcej, niż się spodziewaliście (i to jest cudowne!).
Uwaga druga: to, co widać na zdjęciu, to naturalnie NIE JEST omlet a'la musz. W ferworze walki zapomniałam zrobić zdjęcia tamtym omletom. Ten na zdjęciu to moje dzisiejsze śniadanie; nie ma mąki, nie ma żółtek (zjadłyśmy je w niedziele w postaci kogla-mogla) i - o zgrozo! - jest posłodzony. Nigdy tego nie róbcie. Nawet, jeśli macie zamiar zjeść go z dżemem. I w ogóle, w pojedynkę to smakuje o wiele gorzej.

wtorek, 8 lutego 2011

Pomarańczowa sukienka z Hawany.

Na krótką chwilę Przebieralnia staje się blogiem ciuchowym. Wydarzenie, które opisuję,  miało miejsce dzisiaj w przymierzalni w pewnym modnym ostatnio i nieco chyba przereklamowanym sklepie w centrum. Zabrałam tam moją drogą Z.M.R., aby siostrzanym okiem spojrzała na pewną pomarańczową sukienkę, którą sobie upatrzyłam. Z właściwą jej trzeźwością oceny określiła moją zdobycz jako "niepowalającą". Mała dygresja: jeśli ktoś zauważył, że w ciągu kilku ostatnich lat choruję na kolor pomarańczowy, zwłaszcza na pomarańczowe spódnice i sukienki, zdradzę teraz, że choroba ma swoje źródło w niezbyt lotnym acz uroczym filmie "Dirty Dancing 2, Havana Nights", gdzie w scenie półfinałowej (całkowicie kluczowej dla filmu, zarówno pod względem fabularnym jak i widowiskowym) Ramola Garai tańczy w nieopisanie pomarańczowej sukience, uszytej tak starannie i z taką finezją, że dawno straciłam nadzieję na kupienie czegoś podobnego gdziekolwiek. Mimo to wciąż próbuję!;) Dziś jednak moja siostra odradziła mi przywiązywanie się do wiotkiej tuniczki ozdobionej przy dekolcie masą zwisających serduszek, w zamian wciskając mi do przymierzalni (w momencie, kiedy byłam już w płaszczu i gotowa do wyjścia)  - zupełnie inną pomarańczową sukienkę. Właściwie, to nie jest nawet pomarańczowa - ma kolor wschodzącego słońca i stąd trochę myślę o niej "Tequila Sunrise". Ale podszewkę ma pomarańczową i to, oczywiście, czasami widać:) Nie powala na wieszaku, ale kiedy się ją włoży, zaczyna mówić. Czy ją kupiłam? Nie. Wyszłam ze sklepu, śpiesząc się na 20.00 do jezuitów na Starówkę. Jeśli ktoś ją kupił, to moja siostra. Taki przynajmniej był jej zamiar w ostatniej chwili - kupić ją dla mnie! Dobrze zabrać ze sobą na zakupy kogoś równie szalonego i kochającego, jak ona. Jeśli tak właśnie się stało, jutro zamieszczę tutaj zdjęcie Tequili.  Tymczasem zamieszczam linka do półfinału. Mój komentarz do tego filmu? Oryginalny Dirty Dancing jest filmem "o czymś" i mimo pozornej rozrywkowości jest jednak i ciężki i dwuznaczny. DD2 jest filmem o niczym:) Trochę o miłości i namiętności, trochę o dorastaniu, trochę o Kubie, ale przede wszystkim jest filmem o tańcu i o sukienkach Ramoli Garai. Jest ich tam kilka i wszystkie ładne, ale ja najbardziej lubię tę pomarańczową. Kobieca i dziewczęca zarazem, radosna, ognista, kwiatowa, pachnąca niemal z daleka pomarańczami  i drinkiem z palemką a także luksusem. No i ten taniec, ech! Oczywiście - dirty, ale chyba (??) nie to porusza w nim najbardziej. Mam nawet wrażenie, że kilka "najmocniejszych" kawałków dorzucono tam jakby na siłę, bo wypada, żeby było "dirty". To, co mnie w nim - w nich - uwodzi, to  - obok wzajemnej fascynacji - całkowita zgodność, sztama, zaufanie. I piękno. Ciekawe, czy coś takiego da się osiągnąć w realnym świecie na realnym parkiecie? I czy rzeczywiście coś innego, niż zmysłowość, może być w tym ciekawe?  Czy taniec, żeby być tak piękny, musi koniecznie być "dirty"?
Link do wersji z interesującym dubbingiem;)
Półfinał.

piątek, 4 lutego 2011

Walentynkowe przedwiośnie

Z oknem Prababuni pada śnieg i to nie z wdziękiem, dużymi płatkami, ale, prawdę mówiąc, na łeb na szyję. Jest wyraźnie zmęczony. Od jutra wystawa zmieni się na walentynkową, dziś jeszcze jest biało- zielona, poświąteczna. Jedynym miłosnym akcentem jest serduszko zaczepione o palec manekina, przy czym serduszko jest również zielone. W sumie ciekawie to wygląda na tle innych wystaw, przybranych w te czerwone serducha z mechatego plastiku. Nie cierpię ich, podobnie jak dwumetrowych, farbowanych na ciemnoczerwono róż, które nie pachną, gubią płatki, a łodygę i liście mają zatrute barwnikiem i brunatne. Będą robić karierę na mieście przez najbliższe dwa tygodnie, ech!... Na szczęście obok nich będą też te nieduże, jaśniejsze, miękkie i pachnące różyczki, których dziesięcioprocentową czerwoność dopełnia dziewięćdziesiąt procent żywej zieleni. Przecież zakochanie, szczególnie w swoich najpierwszych początkach jest tyleż czerwone, co zielone właśnie! Szczególnie w lutym, kiedy nawet niezakochanym śnią się liście i trawa. Nie wiem, jak tam było ze świętym Walentym i czym sobie zasłużył na przydanie mu dnia 14. lutego (pewnie po prostu tego dnia przeniósł się do Pana), ale sądzę, że Walentynki są przepojone tęsknotą za wiosną. I na wskroś zielone, jak szumiąca w piosence Emiliany T. miłosna dżungla, której zieloność zaskoczyła mnie dwa dni temu w sklepie H&M i kazała mi napisać dzisiaj tego posta.
Tutaj jest link do piosenki.

czwartek, 3 lutego 2011

O wytrwałości w postanowieniach i o tym, że codzienność zaskakuje;)

Upomniano mnie, że miałam na blogu inspirować się codziennością, zamiast opisywać weekendowo-imprezowe atrakcje. Zrobię to teraz z chęcią... Codzienność potrafi zaskoczyć. Można nawet wpaść na nią w drzwiach. Było to tak: Wczoraj wieczorem - 2. lutego - zamierzyłam udać się na koncert kolędowy pewnego chóru, bliskiego mi z powodu śpiewających w nim znajomych. Klimat kolęd "last minute" podziałał na mnie jednak nieco zbyt skutecznie: Na wydarzenie rozpoczęte o 19.00 na głębokim Bemowie chciałam zdążyć, wyruszając z przystanku DH Smyk o godzinie 20.10. W zasadzie nie miało to sensu, ale z niespotykanym u mnie uporem brnęłam ku swej nieuchronnej porażce - nie wiedzieć czemu pocałowanie klamki kościoła, w którym koncert się odbywał uznałam za wielkie zwycięstwo nad własnym niezdecydowaniem. Na szczęście rozsądek podpowiedział mi po drodze, że warto przesiąść się w metro, co też zrobiłam. Na miejscu, oczywiście, było ciemno i prawie pusto. Nieznajome mi ostatki szanownego zespołu docierały do swoich samochodów i oddalały się w mrok. Wierna postanowieniu zbliżyłam się jednak do klamki. Nacisnąwszy ją, weszłam do pomieszczenia, w którym nic nie było, poza kolejnymi drzwiami  - z klamką. Z uporem maniaka ruszyłam w jej stronę licząc, że drzwi, jak to drzwi, muszą doprowadzić mnie w końcu do czegoś, co usprawiedliwi całą tę eskapadę. Miałam rację! W drzwiach wpadłam na moje usprawiedliwienie w postaci znajomego tenora, do którego dołączyła niedługo równie znajoma dyrygentka oraz kilka innych osób i nie wiedzieć kiedy - jechałam z nimi na imprezę "u Piasia". Czyż to nie cudna alternatywa dla samotnego wracania w chłodzie i głodzie na Imielin? Jakby tego było mało, impreza okazała się reprezentować gatunek imprez przeuroczych. Tyleż kameralna (mniej niż dziesięć osób) co klimatyczna (muzyka w najlepszym wydaniu, łącznie z Caro Emerald;)). I przekonałam się na własnej skórze, że kiedy ludzie mają powód do radości, kiedy się lubią i lubią tańczyć, to będą tańczyć także w środku tygodnia, bez pompy, bez tłumu, przy nalewce i frytkach, w świetle choinkowych lampek porozwieszanych po ścianach (niestety nie zrobiłam im zdjęcia - to, co widać, to lampki z naszej kuchni, mniej kolorowe, niż tamte). Więc tańczyłam, rozmawiałam i czułam się przyjęta tak przez Piasia jak przez jego gości, którym chcę podziękować za ten niespodziewany wieczór, jeśli zdarzy im się przeczytać tego posta. I tak codzienność potrafi zaskoczyć... Chociaż w sumie, to wczoraj było święto.